bagienkowoswiacie
piątek, 9 września 2011
Biblioteka - coś na b
Zazwyczaj to miejsce, w którym jest komputer dostępny dla uczniów /można pograć/ czy miejsce plotek i pogaduszek dla nauczycieli. Czasem wypożyczanie jest skomputeryzowane przez firmę Vulcan w systemie MOL. W szkole społecznej pozostaje stara metoda karteczkowa, bo nie ma pieniędzy na takie dziwactwo jak zakup programu. Pieniądze są na zakupy pani dyrektor i trzeba się postarać, by w ogóle dostać te dzieła do ręki i je skatalogować, bo dyrekcja w tej właśnie chwili musi je czytać.
Co roku zamieszanie czy biblioteka nadal ma być w tym miejscu czy zamienić się ze świetlicą. Co roku te same argumenty wałkowane, że tamto pomieszczenie za małe i nie będzie czytelni, że tam są schodki, na których uczeń lub nauczyciel raz dwa połamie nogi, nic - co roku temat wraca.
Użerać się trzeba o fundusze na zakup nowych książek, tylko pula dyrektorska rośnie, pozostałe najchętniej za symboliczną złotówkę.
Co może dyrektor pokazuje najlepiej przykład innej szkoły, w której bibliotekarka zachorowała, czyli krótko mówiąc zwariowała. Siedziała zamknięta na głucho, kiedy słyszała, że powinna pójść się leczyć, brała sznur i widowiskowo próbowała się wieszać, po czym dyrekcja znów umywała ręce. Wśród uczniów młodszych zapanował strach przed dziwnym pomieszczeniem i nie mieli pojęcia, na czym polega wypożyczanie książek. Starsi mieli ubaw waląc w drzwi, by usłyszeć wrzaski. Czasem nawet uchylały się drzwi i można było ujrzeć zalegające stosy śmieci, góry piachu /jakim cudem kobieta to wnosiła?/ i czuć wszechogarniający smrodek. Nikt oczywiście niczego nie kupował, księgozbiór zatrzymał się na latach 80. I tak to trwało latami, aż dyrekcja poszła na emeryturę, a nowa załatwił rentę chorej kobiecie i zatrudniła nową bibliotekarkę, która zaczęła od ciężkiej pracy fizycznej, czyli posprzątania ton śmieci i nauczenia najmłodszych, że można z tego miejsca korzystać.
Najlepsze są wymogi, żeby zostać bibliotekarzem szkolnym - arcydzieło reformy. Wcześniej wystarczyło, że nauczyciel zrobił kurs kwalifikacyjny, teraz trzeba podyplomówkę. UAM skorzystał z okazji, by zarobić pieniążki i wymyślił studia podyplomowe półtoraroczne i to z podziałem na podstawówkę i gimnazjum z liceum, czyli żeby dostać uprawnienia na wszystko wystarczą 3 lata. Znam kogoś, kto dojeżdżał rok do Szczecina, by mieć wszystkie uprawnienia w 2 semestry. Money makes the world go round
Co roku zamieszanie czy biblioteka nadal ma być w tym miejscu czy zamienić się ze świetlicą. Co roku te same argumenty wałkowane, że tamto pomieszczenie za małe i nie będzie czytelni, że tam są schodki, na których uczeń lub nauczyciel raz dwa połamie nogi, nic - co roku temat wraca.
Użerać się trzeba o fundusze na zakup nowych książek, tylko pula dyrektorska rośnie, pozostałe najchętniej za symboliczną złotówkę.
Co może dyrektor pokazuje najlepiej przykład innej szkoły, w której bibliotekarka zachorowała, czyli krótko mówiąc zwariowała. Siedziała zamknięta na głucho, kiedy słyszała, że powinna pójść się leczyć, brała sznur i widowiskowo próbowała się wieszać, po czym dyrekcja znów umywała ręce. Wśród uczniów młodszych zapanował strach przed dziwnym pomieszczeniem i nie mieli pojęcia, na czym polega wypożyczanie książek. Starsi mieli ubaw waląc w drzwi, by usłyszeć wrzaski. Czasem nawet uchylały się drzwi i można było ujrzeć zalegające stosy śmieci, góry piachu /jakim cudem kobieta to wnosiła?/ i czuć wszechogarniający smrodek. Nikt oczywiście niczego nie kupował, księgozbiór zatrzymał się na latach 80. I tak to trwało latami, aż dyrekcja poszła na emeryturę, a nowa załatwił rentę chorej kobiecie i zatrudniła nową bibliotekarkę, która zaczęła od ciężkiej pracy fizycznej, czyli posprzątania ton śmieci i nauczenia najmłodszych, że można z tego miejsca korzystać.
Najlepsze są wymogi, żeby zostać bibliotekarzem szkolnym - arcydzieło reformy. Wcześniej wystarczyło, że nauczyciel zrobił kurs kwalifikacyjny, teraz trzeba podyplomówkę. UAM skorzystał z okazji, by zarobić pieniążki i wymyślił studia podyplomowe półtoraroczne i to z podziałem na podstawówkę i gimnazjum z liceum, czyli żeby dostać uprawnienia na wszystko wystarczą 3 lata. Znam kogoś, kto dojeżdżał rok do Szczecina, by mieć wszystkie uprawnienia w 2 semestry. Money makes the world go round
środa, 31 sierpnia 2011
A jak Adaś crazy
Na początek co zrobić z uczniem chorym psychicznie w szkolnej rzeczywistości? Nie ma dla takich miejsca w polskim szkolnictwie, więc najprościej zamiatać pod dywan i udawać, że wszystko jest ok.
Z Adasiem na starcie był problem, po prostu chodził z tyłu klasy wymachując rękami i przeżywał odloty. Nie siadał do ławki, nie pisał, nie czytał, nie liczył. Rodzice stwierdzili, że to wina szkoły, bo rzekomo w przedszkolu było w porządku /potem dopiero wyszło jak nie w porządku/. Wychowawczyni poszła do dyrekcji z problemem i usłyszała znajome słowa, że to ona sobie nie radzi i to jej problem. Adaś do końca roku nie zmienił się i groziło mu powtarzanie klasy, poradnia psychologiczno-pedagogiczna też umyła ręce pod dyktando rodziców, którzy twardo twierdzili, że Adaś nie ma problemu. Żeby biedak nie powtarzał klasy rodzice przynieśli zaświadczenie od psychologa, że nie można mu tego zrobić, bo chłopak się załamie. Dyrekcja się ugięła i Adaś drugoklasista nadal spacerował jak ptak po klasie, gotów do odlotu. Tym razem nie przeszedł do trzeciej klasy i jeszcze pół roku fruwał w nowej klasie, by wreszcie od nowego semestru udało się wycisnąć na rodzicach zgodę na nauczanie indywidualne /po 2,5 roku zmarnowanego czasu!/.
To był sposób, wreszcie chłopak zaczął czytać, pisać /wyszła mu silna dysgrafia/ i trochę liczyć, ponieważ nie był w stanie wyjść poza poziom klasy 2.
Klasa trzecia przeszła na indywidualnym, ale poradnia pod dyktando rodziców wymogła "eksperyment", by od 4. klasy Adaś znów chodził normalnie. I zaczął się kabaret, Adam chodził na czworakach po klasie, wyśpiewywał na całe gardło "mamma mia, wsadź se w dupę kija" i twierdził, że osoba z pierwszej ławki gapi się na niego i go wkurza. Ucząca w tej klasie dyrekcja, która przepuściła go wcześniej do drugiej klasy stanowczo oświadczyła, że nie będzie go uczyć i ma się przenieść do klasy integracyjnej, gdzie jest jego miejsce. Zmiana klasy nic nie dała, Adaś rozkręcił się jeszcze bardziej. Na jednej lekcji ni stąd ni zowąd rzucił się na Bartka, siedzącego ławkę bliżej i zaczął go dusić, bo źle na niego spojrzał. Nauczycielka z pomocą koleżanki ledwie odciągnęła rozwścieczonego Adasia od ofiary. Szkolny psycholog zgodnie ze współczesnymi trendami przejął się wyłącznie Adasiem i stwierdził, że biedak został sprowokowany przez Bartka. Dla rodziców winna oczywiście była nowa klasa.
Adam szczególnie nie znosił dziewczyn, czemu dawał wyraz wyzywając je od suk, debilek i kretynek. Własnej matki też nie oszczędzał, jak nadawał przez komórkę pół korytarza mogło usłyszeć, jak od suki matki chce wymusić zwolnienie z lekcji. Przepychanka z rodzicami o zgodę na nauczanie indywidualne trwała kilka miesięcy, w końcu stanęło, że po feriach zimowych. Po feriach Adaś znów pojawił się w klasie, bo rodzice postanowili dać mu szansę. Zaczął kopać chłopaków i nagrodę dostał nową komórkę i półtora miesiąca wakacji, bo tyle trwało załatwianie nauczania indywidualnego, oczywiście z wejściem do klasy na kilka godzin, jak żądali rodzice. Na takim wejściu na WF-ie znów rzucił się na kogoś z klasy, a jak wuefistka interweniowała zaczął ją kopać i wyzywać od suk. Rodzice dopiero po miesiącu raczyli się pojawić w szkole i porozmawiać.
Potem Adaś zaczaił się po lekcjach na Maćka, któremu porządnie podbił oko, bo uznał, że jako jedyny sprawiedliwy musi wziąć sprawy w swoje ręce. Nie dał Maćkowi spokoju, na przystanku tramwajowym prawie wepchnął go pod nadjeżdżający wagon, na szczęście interweniowali ludzie. Crazy Adaś znów miał wolne od szkoły, rodzice zwalili winę na Maćka i załatwili mu jeszcze więcej wejść do klasy w nowym roku szkolnym.
I co na to polska oświata? Co zrobić z uczniem zagrażającym życiu innych? Jak zapewnić bezpieczeństwo w szkole? Czy sprzeciw rodziców oznacza ścianę nie do przebycia?
Z Adasiem na starcie był problem, po prostu chodził z tyłu klasy wymachując rękami i przeżywał odloty. Nie siadał do ławki, nie pisał, nie czytał, nie liczył. Rodzice stwierdzili, że to wina szkoły, bo rzekomo w przedszkolu było w porządku /potem dopiero wyszło jak nie w porządku/. Wychowawczyni poszła do dyrekcji z problemem i usłyszała znajome słowa, że to ona sobie nie radzi i to jej problem. Adaś do końca roku nie zmienił się i groziło mu powtarzanie klasy, poradnia psychologiczno-pedagogiczna też umyła ręce pod dyktando rodziców, którzy twardo twierdzili, że Adaś nie ma problemu. Żeby biedak nie powtarzał klasy rodzice przynieśli zaświadczenie od psychologa, że nie można mu tego zrobić, bo chłopak się załamie. Dyrekcja się ugięła i Adaś drugoklasista nadal spacerował jak ptak po klasie, gotów do odlotu. Tym razem nie przeszedł do trzeciej klasy i jeszcze pół roku fruwał w nowej klasie, by wreszcie od nowego semestru udało się wycisnąć na rodzicach zgodę na nauczanie indywidualne /po 2,5 roku zmarnowanego czasu!/.
To był sposób, wreszcie chłopak zaczął czytać, pisać /wyszła mu silna dysgrafia/ i trochę liczyć, ponieważ nie był w stanie wyjść poza poziom klasy 2.
Klasa trzecia przeszła na indywidualnym, ale poradnia pod dyktando rodziców wymogła "eksperyment", by od 4. klasy Adaś znów chodził normalnie. I zaczął się kabaret, Adam chodził na czworakach po klasie, wyśpiewywał na całe gardło "mamma mia, wsadź se w dupę kija" i twierdził, że osoba z pierwszej ławki gapi się na niego i go wkurza. Ucząca w tej klasie dyrekcja, która przepuściła go wcześniej do drugiej klasy stanowczo oświadczyła, że nie będzie go uczyć i ma się przenieść do klasy integracyjnej, gdzie jest jego miejsce. Zmiana klasy nic nie dała, Adaś rozkręcił się jeszcze bardziej. Na jednej lekcji ni stąd ni zowąd rzucił się na Bartka, siedzącego ławkę bliżej i zaczął go dusić, bo źle na niego spojrzał. Nauczycielka z pomocą koleżanki ledwie odciągnęła rozwścieczonego Adasia od ofiary. Szkolny psycholog zgodnie ze współczesnymi trendami przejął się wyłącznie Adasiem i stwierdził, że biedak został sprowokowany przez Bartka. Dla rodziców winna oczywiście była nowa klasa.
Adam szczególnie nie znosił dziewczyn, czemu dawał wyraz wyzywając je od suk, debilek i kretynek. Własnej matki też nie oszczędzał, jak nadawał przez komórkę pół korytarza mogło usłyszeć, jak od suki matki chce wymusić zwolnienie z lekcji. Przepychanka z rodzicami o zgodę na nauczanie indywidualne trwała kilka miesięcy, w końcu stanęło, że po feriach zimowych. Po feriach Adaś znów pojawił się w klasie, bo rodzice postanowili dać mu szansę. Zaczął kopać chłopaków i nagrodę dostał nową komórkę i półtora miesiąca wakacji, bo tyle trwało załatwianie nauczania indywidualnego, oczywiście z wejściem do klasy na kilka godzin, jak żądali rodzice. Na takim wejściu na WF-ie znów rzucił się na kogoś z klasy, a jak wuefistka interweniowała zaczął ją kopać i wyzywać od suk. Rodzice dopiero po miesiącu raczyli się pojawić w szkole i porozmawiać.
Potem Adaś zaczaił się po lekcjach na Maćka, któremu porządnie podbił oko, bo uznał, że jako jedyny sprawiedliwy musi wziąć sprawy w swoje ręce. Nie dał Maćkowi spokoju, na przystanku tramwajowym prawie wepchnął go pod nadjeżdżający wagon, na szczęście interweniowali ludzie. Crazy Adaś znów miał wolne od szkoły, rodzice zwalili winę na Maćka i załatwili mu jeszcze więcej wejść do klasy w nowym roku szkolnym.
I co na to polska oświata? Co zrobić z uczniem zagrażającym życiu innych? Jak zapewnić bezpieczeństwo w szkole? Czy sprzeciw rodziców oznacza ścianę nie do przebycia?
Subskrybuj:
Posty (Atom)